czwartek, 29 grudnia 2016

Jak wejść w nowy rok, czyli siedemnaście inspiracji na 2017.



Przed nami kolejny rok, często kolejne postanowienia i nadzieja na to, że Nowy 2017, to będzie nowy piękny etap życia. 
Nie lubię dawać nikomu gotowych recept, wolę dzielić się wrażeniami i dostępnymi teoriami lub zadawać pytania, tym razem jednak zdecydowałam się na 17 zaleceń, wynikających z moich doświadczeń, wiedzy i przemyśleń.
Wyjątkowo, bo dla mnie to wyjątkowy moment - dziś wyjątkowy dzień (taki dzień zdarza się raz  na 30 lat :)), za mną niezwykle trudny, ale bardzo ważny i chyba przełomowy rok, a więc wyjątkowo... trochę inaczej, niż zwykle.

1.    Przypatrz się temu, co robisz. Twoja aktywność (działania, nie deklaracje) to odzwierciedlenie Twojej wiary we własne możliwości.

2.    To czemu poświęcasz najwięcej uwagi nabiera mocy! Myśli, działania, słowa, ludzie  – wszystko, co Cię otacza, w jakiś sposób Cię stwarza, ale to Ty decydujesz na czym się koncentrujesz, a czym nie chcesz się zbyt długo zajmować.

3.    Pamiętaj, że masz prawo samodzielnie zarządzać swoim życiem. Masz prawo żyć tak, jak naprawdę chcesz, robić to, do czego jesteś stworzony/stworzona.

4.    Określ obszar swojej unikalnej specjalizacji, swoje miejsce w świecie - przeanalizuj swoje sukcesy, słuchaj tego, co mówią o Tobie inni, obserwuj, co przychodzi Ci z łatwością, jakie marzenia/myśli wciąż powracają.

5.    Szukaj sensu! Pytaj: „Po co to robię?”, „Co mi/innym to da?”, „Jaki efekt osiągnę realizując swój cel?” Pamiętaj, że cel to nie efekt! Skończenie szkoły na piątkę (osiągnięcie celu) może skutkować frustracją (jeśli Ci nie po drodze z wybranym kierunkiem) lub szybkim rozwojem kariery.

6.    Sukces jest pochodną pracy! Cuda zdarzają się tylko w bajkach i na eventach motywacyjnych. Zwycięzcą staje się ten, kto systematycznie i z pasją podejmuje właściwie ukierunkowany wysiłek (ludzie uważani za geniuszy, aby osiągnąć wymierny sukces, zwykle pracują w obszarze swojej specjalizacji ok. 10 lat).

7.    Szanuj swoje porażki – zastanów się, kiedy Cię informują o tym, że przekraczasz własne ograniczenia i rozwijasz się, kiedy sugerują zmianę sposobu działania, a kiedy pokazują „ścianę”, której może nie warto forsować na siłę, bo koszty mogą być zbyt wysokie.

8.    Jeżeli chcesz coś osiągnąć, zacznij od opracowania strategii. Brak sensownego, dokładnie opracowanego planu działania, to powód większości niespełnionych noworocznych obietnic.

9.    Daj sobie czas i margines na błędy. „Za szybko”, „za bardzo”, „za dobrze” to zabójcy sukcesów.

10.  Określ i wypracuj wspierające sukces nawyki, a nie będziesz mówić, że nie masz motywacji.

11.  W swoim życiu dokonuj raczej ewolucji, nie rewolucji. To zdecydowanie bezpieczniejsze. Badania wskazują, że najwięksi geniusze biznesu ograniczają ryzyko gwałtownych zmian do minimum, a na rynek wprowadzają zwykle rozwiązania przetestowane na małej próbie.

12.  Nie jesteś samotnym statkiem, inni ludzie są Ci potrzebni - pamiętaj o nich, ucz się ich słuchać, szanuj i obserwuj ludzką różnorodność  - to wzbudza ogromną sympatię, a Ciebie otwiera na nową wiedzę, koncepcje, idee.

13.  Szukaj rozwiązań win - win, współpracuj a nie rywalizuj.

14.  Dbaj o zdrowie i formę, odpoczywaj, ruszaj się i odpowiednio odżywiaj.

15.  Wypracuj wspierający Cię sposób myślenia, buduj stabilną odporną psychicznie osobowość. Naucz się neutralizować stres – jest on zwykle wynikiem konkretnych przyczyn/obaw/myśli – poznaj je i rozpracuj.

16.  Inni nie mogą dać Ci tego, czego nie potrafisz wziąć lub dać sobie. Jeśli nie udało Ci się wynieść z domu stabilnego poczucia własnej wartości, popracuj nad tym. Ta praca daje ogromny zwrot z inwestycji!!!

17.  Uśmiechnij się :) / uśmiechaj się :) Życie jest fascynującą przygodą.



Jeśli potrzebujesz wsparcia, jeśli chcesz przeanalizować swoje potrzeby i zasoby dokładniej, zapraszam na spotkanie coachingowo - mentoringowe.

poniedziałek, 24 października 2016

Twoje miejsce

“Tak naprawdę chodzi o wartość, a nie o cenę.”

Robert T. Lindgren


- Gdzie jest Twoje miejsce? Naprawdę Twoje! Takie miejsce, w którym możesz być sobą, ze swoimi wydumanymi i rzeczywistymi problemami, z nieokiełznaną radością i marzeniami…
- Kto powoduje, że lekko oddychasz? Że dajesz sobie prawo odpoczywać naprawdę? Że usypiasz po trudnym dniu i budzisz się z uśmiechem?
- Gdzie jest Twoje miejsce w pracy?
- Jak możesz rozwijać w niej swoje talenty? 

- Kogo interesują twoje talenty?
- Kto Cię słucha naprawdę?
- Komu możesz powiedzieć wszystko? … No PRAWIE wszystko;)
- Jak realizujesz pełnię swojego człowieczeństwa?...

To fundamentalne pytania, które czasem sobie zadajemy, a czasem … boimy się je sobie zadać.
Ale może pytamy się jeszcze:
- Jak okazuję swoje zainteresowanie innym?
- Czy interesują mnie ludzie, którzy są wokół?
- W jaki sposób pomagam im rozwijać swoje możliwości, pokonywać obawy?
- Kim dla nich jestem? Kim chcę być?
- Czy żyję w swojej „sforze”?
- Czy ludzie, z którymi się spotykam, myślą podobnie jak ja? 

- Czy czuję się z nimi naprawdę dobrze?
To ważne, szczególnie jak jest się rodzicem, partnerem, przyjacielem, menedżerem…
Ważne, jak jest się człowiekiem.

Bo przecież potrzebujemy dawać i brać.  Dzielić się i przyjmować. Kochać i być kochanym.
Potrzebujemy należeć do rodziny, grupy, społeczności. 
To się podobno nazywa poczucie przynależności… Poczucie, że jesteśmy bezpieczni i aprobowani, że jesteśmy wśród swoich - coś, czego pragniemy wszyscy. Niekiedy za bardzo.
Bo kiedy chcemy się wpasować za bardzo, za wszelką cenę, czujemy że oddajemy część siebie. 
Tymczasem, gdy jesteśmy z właściwymi osobami, z serca oddajemy część siebie.
Niewielka różnica, a jednak jaka duża…
Akceptacja, bliskość, zrozumienie, dawanie albo poklask, lizusostwo, zaprzeczenie sobie, pozory, manipulacja.

Jeśli potrzebujesz, to możesz teraz zatrzymać się na chwilę. Zastanowić się, gdzie jesteś... co czujesz.
Czy miejsce, w którym funkcjonujesz, to dobre dla Ciebie miejsce?
Czy ludzie, którzy Cię otaczają, to właściwi ludzie?
Z czego chcesz zrezygnować?
Jakie relacje warto uzdrowić?
O kogo chcesz bardziej zadbać?
Co zrobisz, żeby miejsce w którym jesteś, było naprawdę twoim miejscem?


A jeśli jesteś na swoim miejscu, to pewnie nie potrzebujesz ani mnie, ani nikogo innego.
Nie potrzebujesz oklasków, słów podziwu, nie potrzebujesz udowadniać nikomu swojej wartości, dobrze znosisz konstruktywną krytykę, z łatwością przyjmujesz pochwały i … rośniesz.
Jeśli jesteś na swoim miejscu, to wiesz, że nie zamieniłbyś go na żadne inne, a żadne pieniądze i zaszczyty nie dałyby Ci tego, co masz.
W żadnym innym otoczeniu nie będzie tak pięknie.
W żadnym otoczeniu nie będzie Ci tak dobrze.
Tu pasujesz naprawdę :) 

wtorek, 23 sierpnia 2016

Jak często bywasz żabą? ...

„ W tym jeziorze mieszka żaba,
wielka żaba na pół draba,
oczy żabie, postać żabia,
wyjdzie w nocy, narozrabia,
zanim minie noc do rana,
porwie Kasię, Sebastiana”
Edmund Nizurski

… ja żabą bywam niestety częściej, niż bym chciała.  
Oczywiście chodzi o żabę, którą żywą wkładamy do garnka i bardzo wolno podgrzewamy, aż uśpimy jej czujność i wyjmiemy ugotowaną.
Temat znany z wielu książek i artykułów - w zasadzie wszyscy wiedzą, co to jest syndrom żaby - nieważne, czy domniemana żaba faktycznie zginie, czy jednak (podobno prowadzono badania) przy pewnej granicznej temperaturze wyskoczy i uratuje sobie życie.
Syndrom, opisywany na żabim przykładzie, jest powszechny i dotyczy pojedynczych osób, firm, a nawet świata polityki.
  
Ocknęłam się parę dni temu, kiedy w czasie żonglowania, zaczęły mi upadać piłeczki i wtedy dopiero zdecydowałam, że pora się zająć szwankującym od jakiegoś czasu lewym barkiem i lewą ręką.
- „Ale się pani dorobiła - powiedział pan Kacper, bardzo mądry masażysta, w którym cała nadzieja (pozdrowienia dla pana Kacpra). Jak długo pani z tym chodzi?”.
Otóż, wstyd się przyznać, ale dość długo. Czułam oczywiście ból i dyskomfort, ale zakładałam, że wszystko się samo naprawi... przecież jestem silna i odporna, więc wytrzymam, nie będę się ze sobą pieścić - gorsze rzeczy przechodziłam i żyję.
Niestety samo nie naprawiło się, teraz potrzebna jest pełna koncentracja na problemie, a powrót do normy będzie mnie pewnie kosztował 
więcej, niż powinien.

Obecne tendencje w świecie rozwojowym mówią: „Będziesz doskonały tylko wtedy, gdy skupisz się na swoich atutach, więc ignoruj słabsze strony. Szkoda na nie czasu, bo one nie zapewnią Ci silnej pozycji w świecie”.
Może nie zapewnią, ale zaniedbane mogą skutecznie wstrzymać rozwój. Niezauważanie słabości czy wąskich gardeł
, to jednak spore ryzyko.
Jeśli nie jesteśmy czujni na drobne słabości, to nawet nie zauważymy kiedy i jak zostaniemy „ugotowani”.
Nie zauważamy, że trochę gorzej się czujemy (a nawet jeśli, to mówimy sobie, że przecież z roku na rok jesteśmy starsi), a więc popadamy w coraz większe kłopoty.
Nie zauważamy, że coraz częściej palimy, podjadamy, pijemy, że gorzej dzieje się w związku, że niepotrzebnie podtrzymujemy niektóre kontakty, więc budujemy szkodliwe nawyki i toksyczne relacje.
W końcu okazuje się, że funkcjonujemy w domach, które nam się nie podobają, otaczamy się ludźmi, którzy nam nie odpowiadają, a życie, które prowadzimy, to nie nasze życie.

Temat dotyczy też świata biznesu - wystarczy, że nie reagujemy na pogarszające się relacje w firmie (co odbija się na jakości produktów i wizerunku przedsiębiorstwa), na to, że nieznacznie spadają jej przychody.
Czyżbyśmy liczyli na cud?
Cuda zdarzają się rzadko, więc lepiej póki czas zainwestować w szkolenia, konsulting, wdrożyć sensowny proces naprawczy.
Co prawda firmy często wykorzystują kryzys, jako impuls do zmiany, ale czy nie rozsądniej wprowadzić zmiany na czas i nie dopuścić do eskalacji kryzysu?...
A jeśli już poruszamy się po obszarze biznesowym, to warto pamiętać, że koncentrując się na wytworzeniu produktów bardzo wyspecjalizowanych, zaniedbujemy często marginalne obszary działalności, które mogłyby przynieść dodatkowy zysk. Znam parę firm, które prosperują nieźle właśnie dlatego, że postawiły na poszerzenie spektrum usług i obsługują klienta kompleksowo.

- Czy w kontekście kompetencji pojedynczych ludzi może być podobnie?...
Na pewno trudno być dziś Leonardem Da Vinci, ale chciałabym, żeby lekarz od mojego lewego barku znał się trochę na kręgosłupie, trochę na ludzkiej psychice i żeby miał opanowane choćby podstawy komunikacji z pacjentem. Zresztą, jeśli nie zauważa swoich braków, zwykle wiele traci w oczach pacjentów.
A tymczasem obecnie królujący trend ekspercki jest bardzo daleki od renesansowej wszechstronności.
Doceniamy ludzi młodych, kreatywnych o wąskim specjalistycznym wykształceniu, zapominając o tych, którzy mają szerokie doświadczenie, a tym samym perspektywiczne spojrzenie na wiele zagadnień.
Nawiasem mówiąc chyba niechcący uzasadniłam krystalizujące się tendencje i zapotrzebowanie na mentoring.
Bo powoli ludzie zdają sobie sprawę z potrzeby oparcia się na autorytetach, więc zgodnie z zasadą popytu i podaży powstają stowarzyszenia i szkoły produkujące „mentorów”.
Dla mnie są one zaprzeczeniem idei mentoringu, bo przecież żaden prawdziwy mentor nie będzie się uczył mentoringu w stowarzyszeniu, on najczęściej nawet nie będzie nazywał się mentorem… Nie musi - prawdziwy autorytet nie potrzebuje szumnych tytułów. 

Ale
wróćmy do żaby, która raczej mentorką być nie może, bo sama sobie nie radzi, nie zauważa zmian otoczenia (uważność), nie czuje, gdy rośnie temperatura i nie wykształca właściwych zachowań, więc ginie.
 
- Jak nie być taką żabą? …
- Co zrobić, żeby wyostrzyć zmysły i w porę zauważać to, co niekoniecznie nam służy?
- W jakich obszarach musisz wzmóc czujność?

Pewnie doskonale to wiesz, a jak nie, to zastanów się, co podpowiada Ci intuicja.
- Czy naprawdę jesteś zadowolony/a ze wszystkiego, co dzieje się w Twoim życiu/ w Twojej firmie?   

A może zatrzymasz się na chwilę, zidentyfikujesz słabe punkty i jak najszybciej (powtarzając za Brianem Tracy) „zjesz tę żabę”.
Najpierw najwstrętniejszą ...

A może masz własny pomysł i na swój sposób uporasz się z tematem?

niedziela, 31 lipca 2016

Rytm życia


„Dziwna jest nasza sytuacja
tu, na Ziemi.
Każdy z nas przychodzi
z krótką wizytą,
nie wiedząc dlaczego,
a jednak czasami wydaje się,
że zgadujemy jej cel”.
Albert Einstein



Photo by Ania Malinowska


Joanna napięta do granic możliwości ma ogromną potrzebę sterowania wszystkim dookoła - nieco medytacyjny  oddech, którym usypiam nawet studentów, tylko ją rozdrażnia. Ona musi szybko, dużo, konkretnie – dużo słów, dużo myśli, dużo pytań ("no, zadawaj mi już te pytania!") - sukcesy, efekty, działania, tylko to się liczy. Będzie zdyscyplinowana na maksa, a swój poziom kontroli (na każdym polu – ciało, duch, emocje, intelekt) ocenia na ponad 90%. Niestety czasem coś się wymyka i to jest przerażające. Ale efekty osiąga. Tylko, co ją do mnie przygnało? … Czemu nie jest w stanie posiedzieć chwilę w ciszy? …
„Jak to się dzieje, że moja wątroba pracuje w szaleńczym tempie?” – dziwi się.

Tomek chce wystąpienia publiczne opanować już - to kolejna niezbędna umiejętność. Powiedz mi, daj receptę – byle szybko, bo mało czasu.
Bo z drugiej strony prestiżowa praca, obowiązki, wyzwania, rodzina.
Więc natychmiast. Jedno spotkanie, no może drugie, trzecie i szybki efekt - tak musi być, „inaczej jestem niepełnowartościowy”.


Monika była już na kilkudziesięciu spotkaniach rozwojowych, ale wciąż szuka, więc jeszcze pojedzie na jeszcze kilka. Bo może dodatkowe spotkanie to będzie właśnie to inspirujące … ?
 
Artur wciąż się spieszy, non stop on – line, non stop maile od pracowników, kontrahentów, no i ciągłe telefony. Kiedyś zatrzymała go policja za to, że prowadząc samochód rozmawiał przez komórkę, ale najpierw szybko dokończył reprymendę dawaną pracownikowi, a dopiero potem zwrócił uwagę na zdenerwowanego, stojącego obok policjanta.

Basia dzwoni do mnie z samochodu – jej policja nie zatrzyma - ma zestaw głośnomówiący, przecież tylko w samochodzie ma czas, żeby pozałatwiać prywatne telefony. Ze mną umówiła się, między 7.30 a 7.50 rano. Potem ma jeszcze zadzwonić do dwóch osób. Wymieniamy zdania w szaleńczym tempie – zaraz praca, za tydzień ekstra luksusowe wczasy za granicą… tylko szybko się trzeba spakować, szybko zwiedzać, szybko odpoczywać… 

Znacie? A może utożsamiacie się z którymś z bohaterów?...No cóż, niech ten, kto bez winy rzuci kamień. Tyrania nadmiernej dyscypliny, szaleńczy pośpiech i głód osiągnięć dotyczą też oczywiście mnie – n-te studia, zaliczone na szybko książki, kursy i szkolenia, działanie na każdym polu i w na maksymalnych obrotach …  Istny obłęd.
Dlatego jakiś czas temu postanowiłam powiedzieć „dość” i  wycięłam część aktywności, wykreśliłam z listy część książek „niezbędnych” do przeczytania, zrezygnowałam z  ciągłej obecności on-line.
A potem … oczywiście, zgodnie z Prawem Parkinsona, odzyskany czas natychmiast się wypełnił :)
Tyle, że skumulowałam rozproszoną energię i teraz poświęcam ją najważniejszym ludziom i najsensowniejszym aktywnościom.
Czasem myślę, że życie zatoczyło krąg, pokazując mi, że to co najważniejsze jest obok.
Oczywiście pewnie jeszcze nie raz będę eksploatować się do granic absurdu, robiąc różne dziwne rzeczy.
Bo taka jest ludzka natura – wciąż chcemy więcej, lepiej, całe życie coś zmieniamy, czegoś szukamy. Jesteśmy w drodze do swoich marzeń, niezależnie od tego, czy marzeniem jest wewnętrzny spokój, pieniądze, rodzina, rozrywki, czy poklask społeczny.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko o to, żeby go gonić. Zasadę potwierdza neurobiologia – gdy oczekujemy na spełnienie swoich pragnień układ limbiczny w mózgu uruchamia tzw. system nagrody. W efekcie wtedy właśnie (oczekując na nagrodę, a nie w momencie spełnienia) jesteśmy najbardziej podekscytowani, aktywni i mamy najwięcej energii.
Osiągniecie celu powoduje, że szybko opadają nam pozytywne emocje i ubywa siły do działania.
Wiec może napięcie, nadmierna kontrola, nadaktywność, perfekcjonizm, pośpiech to w jakimś sensie wyznacznik ludzkiego postępu?…

Jeśli teraz trochę się gubisz, jeśli przerasta Cię tempo i chaos Twoich działań, to pewnie za jakiś czas zdziwisz się, jaką drogę udało Ci się pokonać, jak połączyły się Twoje „kropki” (wspominając słynne wystawienie S.Jobsa na Uniwersytecie w Stanford), o co dzięki Tobie bogatszy jest świat.
Bo przecież wszystkie osoby, o których pisałam, osiągają bardzo wiele.
I to jest fakt. A to, że są też bardzo zmęczone, bo funkcjonują na skraju wytrzymałości, to kolejny fakt.
No i oczywiście często słyszą – „zabijesz się, odpocznij, zwolnij, oddychaj, medytuj, bądź tu i teraz”.
I co z tego wynika?... Nic.
A właściwie gorzej niż nic, bo niektórzy pełni wyrzutów sumienia, że nie oddają się medytacji, mindfulness (sztuce uważności), że za mało się ruszają, do przepełnionego dnia, dodają punkt pt. joga/ siłownia/ bieganie (wpisz dowolne) i w ogromnym stresie, angażują się w kolejną aktywność, która zabija wyrzuty sumienia, że nic nie robią dla siebie. No bo przecież „chodzę na jogę”, tyle, że taka joga, to raczej zaprzeczenie filozofii jogi.
 
Może więc pora na chwilę refleksji: 

  • Jaką wartość ma nagroda, którą otrzymasz w zamian za swoje poświęcenie?
  • Co gubisz po drodze? 
  • Z jakich celów możesz zrezygnować (wiem, że to trudne)? 
  • Gdzie znajduje się Twoja granica między obłędem a życiem? Przecież doskonale wiesz, kiedy Ci dobrze, a kiedy nie. Wiesz, kiedy najwygodniej Ci „pojechać na autopilocie”, a kiedy chcesz się zatrzymać.A może zgubiłeś umiejętność „naciśnięcia hamulca”? Bo jeśli przez jakiś czas trzymasz nogę na gazie, to w końcu nie zauważasz tempa i rozpędzasz się coraz bardziej. Coraz więcej aktywności, pracy, treningów, luksusowych sprzętów, stanowisk, imprez, wyjazdów… Można tak w nieskończoność…
  • Tylko gdzie w tym wszystkim jesteś Ty? 
  • Gdzie będziesz, gdy już osiągniesz swój cel? Co będziesz robić?... 
  • Co jesteś w stanie przewidzieć, a czego nie? 
  • Co jest najważniejsze? 

Może masz ochotę na  małe ćwiczenie?
- Powiedz, trzymając rękę na sercu, …. (wpisz cel – np. zdobycie stanowiska prezesa) jest dla mnie tak ważne, że warto dla niego poświęcić …(wpisz, co tracisz). I gdy już to osiągnę, będę …(wpisz, co będziesz robić, a nie co będziesz mieć!!!)  i będę naprawdę szczęśliwy/a.

Wygodnie Ci z takim zdaniem? Nie masz wątpliwości?... A może masz?...
Jeśli  pozwalasz sobie płynąć z prądem własnych odczuć i wrażeń, to pewnie wiesz, czy droga, którą idziesz jest najlepszą drogą i czy  tempo w którym żyjesz, to w tym momencie najlepsze dla Ciebie tempo.

A może znajdziesz chwilę, żeby przyjrzeć się życiu, nie mając do siebie pretensji, że niektórych rzeczy nie jesteś w stanie ani przewidzieć, ani zaplanować?
Jeśli potrafisz wtopić się w rytm życia, które podąża w swoim tempie, w swoim kierunku, w sobie tylko wiadomą stronę, to nie ma znaczenia, czy jesteś na górce, czy w dołku, bo po prostu wiesz, że Twoje „kropki” w końcu się połączą, bo kluczowe jest to kim jesteś naprawdę, to czym emanujesz.


środa, 11 maja 2016

Opowiedz historię - pułapki storytellingu.

" Ekspert to człowiek, który przestał myśleć, on wie." 
Frank Lloyd Wright 


Doskonale się czuję w tematach z zakresu komunikacji (w tym wystąpień publicznych), a także bardzo ściśle związanego z nimi poczucia własnej wartości, a więc dziś parę słów z tego obszaru.
Parę emocjonalnych słów, bo emocje przeżywam.

Prowadząc grupę, która szlifowała swoje umiejętności występowania przed mniejszą i większą widownią, przeglądałam różne strony tzw. guru i konfrontowałam ich rady z własnymi doświadczeniami.
Pewnie  każdy z trenerów stara się śledzić, co robi konkurencja, tylko nie każdy o tym głośno mówi. Ja powiem, a właściwie napiszę, bo śledziłam, aż mi "zazgrzytało"… A jak "zazgrzytało", to potrzebuję postawić duży znak ostrzegawczy z napisem – UWAGA!!!
Ta uwaga dotyczy hasła storytelling, które podobnie, jak coaching robi w Polsce coraz większą karierę.

Dla tych, którzy zastanawiają się, co znaczy to pojęcie, parę słów wyjaśnienia. Dawno, dawno temu było opowiadanie baśni, albo historii - teraz zamiennie mamy mądre słowo – storytelling. Metodę używamy celowo i umiejętnie, bo opowieść to skuteczne narzędzie wywierania wpływu. Wykorzystując odpowiednio skomponowane historie sterujemy ludzką uwagą, podsycamy ciekawość, budujemy emocje, pobudzamy empatię i tworzymy z naszymi odbiorcami płaszczyznę porozumienia. Opowieści zachęcają do słuchania (z poziomu „chcę usłyszeć”, a nie z poziomu „zaraz powiem, co o tym sądzę”). Opowieści uaktywniają emocje i …sprzedają!!!  
Mądrze użyta historia to sposób, który doskonale wspiera wychowywanie dzieci, w tym celu używałam go pewnie nie tylko ja, prawda? ;)

To też metoda sprawdzająca się w biznesie. 
Na swojej osobistej historii - historii matki, która pomaga synowi doskonale zdać egzamin gimnazjalny i dostać się do najlepszej w mieście szkoły średniej, matki która nade wszystko chce zadbać o przyszłość dziecka, zbudowałam firmę edukacyjną, którą prowadziłam z powodzeniem 13 lat. Moja historia działała na wyobraźnię innych matek (klientek), ale też nauczycieli, którzy „kupili” temat, czyli zrozumieli i przyswoili misję firmy, bez tłumaczenia, wypisywania jej wielkimi literami na ścianie, powtarzania na każdym zebraniu. I tak właśnie często jest.
Honda też ma swoją sztandarową historię o Soihiro Hondzie, który wracając z podróży i marząc o założeniu firmy motoryzacyjnej zakupił dwie walizki części samochodowych. Na lotnisku okazało się, że może przewieźć razem tylko dwie walizki bagażu, a on miał przecież jeszcze trzecią, w której trzymał osobiste rzeczy. Nie trzeba pisać, którą walizkę zostawił an lotnisku... Ta historia do dziś obrazuje pasję Hondy i skutecznie działa na wyobraźnię klientów i pracowników korporacji.

Ludzie chcą używać historii, chcą wiedzieć, jakie triki i jakie zasady pozwalają snuć wciągające opowiadania, chcą konkretnych przepisów na skuteczny storytelling. Znajdują się więc eksperci, którzy najlepsze opowieści odnajdują, badają ich konstrukcję, spisują zasady tworzenia, a potem ich uczą. Przy okazji na tym zarabiają.
I właśnie rady takich specjalistów, skądinąd mądrych ludzi czytałam, gdy „zazgrzytało”.
Mówiąc konkretnie - bardzo zaniepokoiła  mnie z uporem i przez wiele osób powtarzana sugestia, żeby konstruując wciągającą historię, odwoływać się do swoich własnych porażek, opowiadać o tym, co nam nie wyszło, o tym co trudne, bo to szczególnie lubią słuchacze. Bo autentyczna porażka, do której ktoś się głośno przyznaje, angażuje odbiorcę i budzi duże emocje.
Tak więc często eksperci od storytellingu namawiają menedżerów, żeby odkryli swoją ludzką stronę i opowiadali pracownikom 
o własnych niepowodzeniach, oczywiście, gdy te niepowodzenia minęły. Zachęcają mówców, żeby swoje wystąpienia uatrakcyjniali relacjami z trudnych życiowych przejść. Nawet jeśli ludzie nie są do tego przekonani, to i tak często namawia ich się, żeby pokonali swój opór i wydobyli  na światło dzienne trudne chwile.

I właśnie w tym momencie zapala mi się „czerwone światło”, dość! 
  • Bo może warto przyjrzeć się jednak swoim odczuciom? ... 
  • A jeśli nie pasuje Ci opowiadanie o własnej porażce, to odpuść opinie tzw. mistrzów i posłuchaj siebie!
  • Może, jeśli nie jesteś gotowy/gotowa na to, żeby opowiedzieć innym swoją historię, to coś w tym jest ?...
  • Więc pod żadnym pozorem nie zmuszaj się do snucia trudnych dla Ciebie opowieści!!! 

Jest złota zasada wystąpień publicznych, która głosi – jeśli nie jesteś pewien, czy coś powiedzieć - nie mów tego! Tym bardziej nie mów, o niepowodzeniach.

  • Przemyśl lepiej spokojnie temat, zastanów się czemu nie jesteś gotów/gotowa, na opowieść o pewnym kawałku swojego życia?
  • Skalkuluj straty i zyski - co się takiego może wydarzyć (co dobrego, a co niekoniecznie dobrego), jeśli opowiesz o swojej porażce?
  • Pomyśl, co to przyniesie innym, a co Tobie?
  • Na czym Ci zależy? 

Może warto samemu zmierzyć się  z tematem?
Jeśli temat zamknąłeś/aś, jeśli porażka minęła i Cię zbudowała, to pewnie nie będziesz mieć oporu, żeby o niej mówić.
Gorzej, jeśli jeszcze wciąż ją odczuwasz, jeśli siedzi głęboko, jak drzazga. Wtedy miej dla siebie trochę empatii i nie narażaj się na zbyt trudne emocje. Zresztą, jeśli będziesz opowiadać o tzw. nieprzepracowanym problemie, to ludzie gdzieś podskórnie odczują, że temat jest jeszcze aktualny – twoja intuicja właśnie to Ci podpowiada. 
Słuchaj intuicji!

Reasumując (z mojego punktu widzenia), storytelling to ciekawa metoda, sprawdzająca się w wielu sytuacjach. Na pewno warto docenić jej siłę i stosować, byle umiejętnie.
Na pewno warto wiedzieć, co radzą autorytety, ale nie można poddawać się ślepo tym radom, bo nikt nie ma jednej uniwersalnej recepty dla wszystkich.

I może warto też pamiętać, że storytelling, to tylko  jedna z  wielu metod komunikowania się, że budowanie relacji nie polega tylko na opowiadaniu historii …
No i że nie trzeba ulegać ślepo modzie, że piękne i mocne opowieści dobrze oszczędnie dawkować, a wtedy będą miały naprawdę dużą siłę oddziaływania. 

piątek, 29 kwietnia 2016

Marchewkij, czyli lekcja wystąpień publicznych.














"Miarą mówcy nie jest ten kto mówi,
lecz ten co słucha".

Platon


Miniony weekend - 22 i 23 kwietnia spędziłam w Lublinie na Ogólnopolskiej Konferencji Naukowo - Szkoleniowej „Coach, Trener, Doradca zawodami XXI wieku”, a konkretnie na trzeciej edycji wydarzenia przebiegającej pod hasłem „Przedsiębiorczość z pasją”. http://konferencjactd.pl/
Przez dwa dni pochłaniałam nowe informacje i inspiracje, poznawałam wiele interesujących teorii i poglądów, a to wszystko w środowisku, w którym czuję się doskonale – wśród  ludzi otwartych na rozwój i wymianę doświadczeń.
Jestem pełna podziwu dla organizatorek przedsięwzięcia -  Karoliny Żmudzkiej – Dyrektor Oddziału Lubelskiego Izby Coachingu, Magdaleny Banks i Karoliny Dąbrowskiej. Świetne młode kobiety, świetna konferencja. Wszystko dopięte na przysłowiowy „ostatni guzik”.
Zachwyty mogłabym mnożyć jeszcze długo - pisać o pysznym jedzeniu, zestawach konferencyjnych w firmowych płóciennych torbach, after party (tu szczególnie dużo bym mogła;))… Ale może niech coś pozostanie niedopowiedziane, bo bez odrobiny tajemnicy, nie ma ekscytacji, co słusznie zauważył pewien miły kolega :)

Za to przejdę do tego, co mnie 
szczególnie pasjonuje i w czym się specjalizuję, czyli do tematu wystąpień publicznych. 
Jako trener i coach, wykorzystuję swoje dziennikarskie kompetencje i z ogromną radością, ale również  z niezłymi efektami, wspieram ludzi w zagadnieniach z tego obszaru.
Konferencja była więc dla mnie nieocenionym doświadczeniem poszerzającym spojrzenie na temat, który jest dla mnie ważny i bliski.
Bo różnych wystąpień obejrzałam aż dziewiętnaście, a właściwie dwadzieścia, jeśli policzę świetne krótkie przerywniki wprowadzające w temat, czyli tzw. konferansjerkę.  
Doskonale dobrani doświadczeni prelegenci prezentowali naprawdę wysoki poziom - widać było ich duże obycie sceniczne i umiejętności komunikacyjne.
Ale jak wiadomo nigdy nie jest tylko pięknie i słodko, różni ludzie są różni i różny jest ich odbiór. Jednych odbieramy lepiej, innych 
(nawet najwybitniejszych) gorzej, to nieuniknione. Oczywiście ja też, z pełną świadomością własnej stronniczości, pozwalam sobie różnicować i po swojemu oceniać występujących. 

Szczególnie ważnym kryterium oceny jest dla mnie posiadanie pewnej unikalnej kompetencji, która powoduje, że jednych mówców ludzie obdarzają  uśmiechem i słuchają uważnie, a drugich niestety nie. Ta kompetencja to umiejętność budowania ciepłej relacji między występującym a publicznością, to życzliwa energia, która pozwala osobie siedzącej na widowni poczuć się równorzędnym partnerem wydarzenia.
/Na marginesie dodam, że życzliwość, jaką okazujemy słuchaczom sprzyja też prowadzącemu - w magiczny sposób odstresowuje, no i oczywiście stanowi nieodłączny  element składowy charyzmy./
Dobrą energię prowadzącego doskonale się czuje, a więc w czasie konferencji bez trudu zauważałam osoby nawiązujące szczególnie ciepły kontakt z widownią, a także tych którzy wiedzieli, co mają powiedzieć, jak się ubrać i poruszać, ale nie pamiętali o tym, że podstawą dobrych relacji ze słuchaczami jest sympatia i szacunek. A może SZACUNEK i sympatia?
W tym miejscu, pomijając nazwisko mojego prywatnego antybohatera, przez którego czułam się nieszanowana, podam zdobytą na konferencji cenną instrukcję: ”Jak łatwo zrazić słuchacza” . Uwaga, punkt pierwszy - zacząć po ojcowsku: „I co ja wam powiem dzieci”, punkt drugi - rzucić parę wulgaryzmów i  niewybrednych żartów, punkt trzeci - pokazać ego... Wystarczy.
Ale ponieważ antybohatera miałam tylko jednego (jeden na dwudziestu prelegentów to doskonała proporcja), ponieważ wolę koncentrować się na dobrych przykładach, to z rozrzewnieniem wspominam cudowną, ciepłą i naturalną osobowość  Pana Profesora Andrzeja Bliklego (nie umiem napisać inaczej, niż wielkimi literami). Mnie i nie tylko mnie Pan Profesor ujął już w momencie wejścia na scenę - pierwsze słowa i pierwszy lekki uśmiech wystarczyły, żeby odczuć jego życzliwość.
Cenię też niezwykle partnerski, ładny i bardzo merytoryczny przekaz Rafała Kołodzieja (który mówił o design thinking) oraz każde z wejść prowadzącej imprezę Moniki Madejskiej i jej partnera Mirka Urbana.
I jeszcze prowadzącą warsztat "Warm - up" (bo można było też brać udział w warsztatach) Anię Kerth. 
Takich dobrych przykładów mogłabym mnożyć znacznie więcej, ale nie o to chodzi. Chodzi o wyodrębnienie cech mówców, które są szczególnie cenione przez słuchaczy.
Na kolejną z nich zwrócili mi uwagę uczestnicy konferencji. Otóż ludzie cenią prelegentów, którzy wiedzą o czym mówią. Odbiorcy od razu zauważają, kto ma praktyczne doświadczenie i wierzą mu. Bo prawda broni się sama, bo zwykle nie chcemy słuchać skomplikowanych teorii, bo poszukujemy autorytetów - osób które zweryfikowały książkowe mądrości. Do takich osób zalicza się choćby wspomniany już przeze mnie Profesor Blikle, ale również Małgorzata Fryszkiewicz, Mariusz Cyzio czy Rafał Kołodziej.  
A skoro wiemy już, co zrobić, żeby ludzie nam wierzyli i wiemy co robić, żeby nas darzyli sympatią oraz chętnie słuchali, to pozostaje zapytać - co zrobić żeby nas zapamiętali?
Warto odwołać się tu do podstawowej zasady zapamiętywania - przypomnieć, że pamięć wspomagają obraz, akcja i emocje. O akcji i emocjach w kontekście wystąpień publicznych mówi się dość często, więc ja zatrzymam się na obrazie, bo jak zauważył Tony Buzan – myślimy obrazami.  
I znów muszę powiedzieć, że wszyscy prelegenci konferencji zadbali o obraz – widzieliśmy dopracowane prezentacje multimedialne, oczywiście jedne bardziej inne mniej czytelne, zdarzał się nadmiar słów i definicji, ale były też piękne zdjęcia i wymowne hasła oraz cytaty. To już standard do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
A ponieważ ludzki umysł w wielości informacji wyłapuje te nieszablonowe, to wśród wielu podobnych wystąpień w pamięci zostały mi dwa wyjątkowe, które przekładały się na nietypowe obrazy.
Pierwszy z nich tworzyła nieco inaczej zaaranżowana przestrzeń w czasie prelekcji Małgorzaty Fryszkiewicz (postawione na środku sali fotele, w których siedzieli prelegentka i towarzyszący jej gość) oraz niedoskonały jakościowo, a przez to bardzo prawdziwy film z rekomendacjami coachingowych klientów. Coś, co było inne niż pozostałe wystąpienia.
Ale chyba najmocniej zapadł mi w pamięć obraz stworzony przez Profesora Bliklego – wykonany z drewnianego kija baseballowego „marchewkij” (na zdjęciu), prezentujący sztandarowe przesłanie, które zapamiętali pewnie wszyscy – „ każda marchewka służy tylko do tego, żeby zrobić z niej kij” (w kontekście zarządzania ludźmi oczywiście). 

Długo jeszcze mogłabym wspominać konferencję, mnożyć przykłady i analizować kolejne zagadnienia – kto tryskał humorem, kto mówił mniej lub bardziej płynnie, omawiać rzeczy istotne i mniej istotne, ale jak wiadomo lepiej mniej niż więcej, więc dziś zakończę trzema radami dla potencjalnych mówców:
1.       Pamiętaj, żeby szanować i lubić ludzi do których mówisz – każde wystąpienie, nawet przed dużą widownią, to przecież relacja, a relacja jest doskonałym narzędziem sprzedaży, daj się więc polubić i kupić ;)
2.       Zastanów się, jakie masz doświadczenia w omawianym obszarze i nie bój się o nich mówić – książkowe prawdy i definicje to dobry punkt odniesienia, ale ludzie przychodzą słuchać Ciebie.
3.       Znajdź swój „marchewkij” – czymś się wyróżnij! Może warto czasem podjąć wysiłek, którego nie podejmie nikt inny i być zapamiętanym dłużej i lepiej?...
 
To tyle w temacie konferencji.
Następny wpis poświęcę modnemu obecnie storytellingowi. Metodę mniej lub bardziej świadomie stosujemy prawie wszyscy – ja też stosowałam ją od lat (nie znałam wtedy jeszcze nazwy storytelling) i to z wymiernym efektem, bo storytelling pomógł mi zbudować firmę… 

wtorek, 5 kwietnia 2016

" ... zrób to, co możesz."

„Zacznij tam,  gdzie jesteś,
użyj tego, co masz,
zrób to, co możesz”.
Arthur Ashe


 Człowiek rodzi się z naturalną umiejętnością podejmowania prób, eksperymentowania i podnoszenia się z kolan.
Dziecko, które uczy się chodzić, nie zniechęca się tym, że wciąż upada, tylko po prostu wstaje i podejmuje kolejne wyzwania. Do skutku. Niezmordowanie odkrywa nowe rejony świata, przygląda się każdej trawce, każdej kałuży. Bawi się tym, czym chce, buduje konstrukcje z piasku, z kamieni, z patyków. 
Ono nie boi się porażek, próbuje wszystkiego, bo nie wie, co się ma nie udać, a życie jest wspaniałą zabawą. Spróbuj tylko przerwać tę zabawę i zawołać je na przykład na obiad…. 

Dorosły bawi się często przy stole… On już wie, co jest niemożliwe, nauczono go tego i w szkole i w domu. Światem dorosłych rządzą zasady - one pokazują to, co jest wartościowe, a co niekoniecznie – książki, które mają się podobać, języki których trzeba się uczyć, ludzie którymi warto się otaczać, sporty które warto uprawiać, miejsca w których trzeba bywać.
Podporządkowanie się pewnym zasadom nie jest całkiem nieracjonalne. Człowiek jest przecież istotą społeczną, więc dla potrzeby bycia z innymi oddaje część  siebie. Rzecz w tym, że czasem zbyt dużą część.
A tymczasem na dnie ludzkiej duszy drzemie tęsknota za budowlami z kamieni lub z piasku, za życiem w swój własny niepowtarzalny sposób…

  •     Jak znaleźć sposób na manewrowanie w tej niełatwej rzeczywistości?
  •     Jak mieć w życiu najważniejszy kawałek siebie i podążać we właściwym kierunku?
  •     Jak w tym wszystkim się nie pogubić i osiągnąć upragniony sukces?

No cóż, ja też kiedyś szukałam siebie, spotykałam „coachów” i mentorów, jedni mówili, że dam radę, inni że mam działać - już, teraz! A że jestem z natury twarda i wytrwała, to zostawiłam wszystko, co dotychczas dawało mi oparcie i odważnie podejmowałam się zadań, do których nie byłam przygotowana. Bolało i szło bardzo ciężko.

I właśnie wtedy zrozumiałam, że kierowanie swoim życiem nie polega na zaciskaniu zębów i rzucaniu się w wir natychmiastowych zmian, do których pogania nas świat, że kierowanie życiem to mądra analiza swojego potencjału, oszacowanie kosztów, możliwości i zapału.
Wtedy zrozumiałam, że dziecko bawi się bezpiecznie, beztrosko i zapomina o całym świecie, bo wie, że w okolicy jest mama.
Wtedy zrozumiałam zasadę dywersyfikacji ryzyka i sens podziału celu na etapy, które stosują biznesmeni.

Wszyscy mam prawo i obowiązek być szczęśliwi i realizować swoje marzenia, ale może zanim przystąpimy do działania, warto odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań? ... Właśnie tych, od których odwodzą nas motywacyjni poganiacze:
  • Jakie masz zaplecze?
  • Jak długo potrzebujesz postać w miejscu?
  • Czego potrzebujesz, żeby odważnie iść dalej?
  • Przed czym Cię ostrzega intuicja?
  • Co dla w tym momencie jest dla Ciebie za trudne?
  • Jak możesz to obejść? 
  • Co odpuścisz?
  • Do czego się nie przyznajesz?

Bo sztuka osobistego przywództwa to nie motywacyjne triki, tylko stosowane w stosunku do samego siebie sprawdzone metody mądrego menedżera, świadomego własnych ograniczeń, wpływów otoczenia, minimalizującego ryzyko i realizującego swoją wizję w tempie zależnym od aktualnych możliwości.
Tylko takiemu szefowi ufają ludzie, tylko z takim chcą rozwijać firmę.

wtorek, 8 marca 2016

Mężczyźni tego nie zrozumieją ... ;)










„ Rozumienie jest trudne,
dlatego większość ludzi ocenia.”
Carl Gustav Yung


Pamiętasz Twoje ostatnie babskie zakupy?
Jak było? … Pamiętasz z jakim zaangażowaniem mierzyłaś ciuchy? … Jak wybierałaś kolor nowej szminki, skład kremu? …
Twoich myśli nie rozpraszały tematy zawodowe, nie stresowałaś się tym, co powiedział szef. Cała byłaś skoncentrowana na procesie przymierzania, kupowania, wybierania… Na fałdce na brzuchu, która powoduje, że sukienka nie leży tak dobrze, jakbyś tego chciała i na włosach, które nie tak się ułożyły, więc już wiesz, jaką fryzurę sobie zrobisz następnym razem. 100% koncentracji na sobie… 

Oczywiście to wszystko mogło się wydarzyć, jeśli obok nie stał Twój facet skwapliwie udający cierpliwego. Bo aczkolwiek ma same zalety, to na zakupy lepiej go nie brać. Nic nie da, że stara się być wytrzymały, bo Ty doskonale wiesz, kiedy cały gotuje się w środku, odczytujesz każdy najmniejszy grymas, każde zmrużenie oczu, widzisz niezauważalne zaciśnięcie zębów.
Więc zostawiasz go w domu i idziesz na zakupy sama lub z inną kobietą. 
Jak mała dziewczynka w środku najlepszej zabawy, masz wreszcie swoje tu i teraz, swój reset, a może flow? …  
Niech będzie, że to bezmyślne, puste i babskie. 
Oczywiście pomijamy kompulsywne kupowanie i wydawanie kasy - chodzi o proste łażenie po sklepach w celu rozluźnienia i poprawy humoru.
Potem będą Cię boleć niemiłosiernie nogi. Może trochę ponarzekasz ;) 
No i te wyrzuty sumienia, że nie jesteś wyciszoną buddystką…  

Już widzę pełne oburzenia komentarze piewców medytacji.
Taaaaak, ja też potrafię doprowadzić umysł do stanu, w którym zwalnia… i co z tego? Przecież nie zawsze tak było….  A mój okres napięcia i maksymalnej koncentracji na wielu zadaniach (oczywiście zawsze coś kosztem czegoś) wspominam, jako doskonałą życiową lekcję.

Pamiętam, jak wychowując dzieci, wracałam wieczorem z pracy, przejmowałam dom i maluchy od niani (mojego męża miesiącami i latami nie było w domu), chwilę z nimi uważnie rozmawiałam, a potem siadałam w holu pomiędzy trzema dziecinnymi pokojami i czytałam na głos „Harrego Pottera”.  Żeby nie zwariować, czytając tekst, który mnie kompletnie nie kręcił, czasem ćwiczyłam dykcję i intonację, kiedy indziej usta czytały, a głowa układała plan tego, co zrobię następnego dnia, albo tego, co zrobię jak dzieci zasną. I tak szczęśliwie, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku przeczytałam na głos cztery tomy dziecięcego bestsellera. Oczywiście nie znam jego treści do tej pory. Szaleństwo?... Może, ale gdyby nie tamten niezwykle intensywny czas, nie byłabym teraz tu gdzie jestem. I za żadne skarby świata nie dałabym tamtego okresu poprawić żadnym mistrzom buddyzmu. Zrobiłam więcej niż to było możliwe. 
I wiem, że nie jestem wyjątkiem...

Znacie schemat, kiedy wyjście z domu na zakupy jest niesamowitym błogosławieństwem? …Ja też.  
Więc strasznie mnie wkurza, kiedy ludzie (niekoniecznie tylko mężczyźni) z pogardą patrzą na zabiegane kobiety, na ich przydługie wędrówki sklepach, strasznie mnie wkurza ocenianie, etykietowanie i podciąganie pod jeden wzorzec wszystkich.
Bo są sytuacje kiedy najlepsze rozwiązanie okazuje się najgorszym, jest czas, kiedy poświęcamy pewne wartości dla innych i są pospolite ludzkie słabości i przyjemności, do których po prostu mamy czasem prawo.

Dziś dzień kobiet, jutro kolejny dzień.

Życie przynosi Ci różne wyzwania, więc  nie zadręczaj się, że jesteś zabiegana, zmęczona, nieuczesana. No i czasem mniej odwagę powiedzieć, że nudzisz się w Spa udając błogi relaks, a czasem daruj sobie, że nie medytujesz przy świecach, bo wolisz pójść na babskie zakupy:) 

sobota, 20 lutego 2016

Zakochaj się w swoim życiu.

„Zbyt wielu ludzi przecenia to, kim nie jest 
i nie docenia tego, kim jest.”
 Malcolm S. Forbes


  • Czy kochasz swoje życie?
  • Za co je kochasz?
  • Co kochasz najbardziej?
  • Jakie momenty celebrujesz?...


Spadł śnieg, drą się kawki. Przed Tobą kubek pysznej aromatycznej herbaty….
Co robisz? Siedzisz w swojej głowie, czy na fotelu rozkoszując się chwilą?
Czy zauważasz rodzinę, która jest obok i ma swoje sprawy, problemy, radości, a może Cię potrzebuje…?
Gdzie jesteś?

Moja babcia nie wiedziała, co to zen, mindfulness i nie musiała się uczyć uważności, za to zawsze miała czas dla ludzi i chwilę, żeby zachwycić się ogrodem, kwiatami, wszystkim, co ją otaczało…
Kiedy uczyła mnie robić na szydełku, a miałam wtedy 5- 6 lat, cała była tą nauką, jak pochłaniała książki, to je pochłaniała, jak pokazywała mi świat, to go naprawdę widziała. A obieranie ziemniaków było cudownym rytuałem.
Ale wcale nie na uważność chcę zwrócić Ci uwagę, tylko na prawdziwą akceptację swojego życia, która według mnie przez tę uważność tylko się wyrażała.

Wszyscy chcemy być szczęśliwi, spełnieni, więc poszukujemy różnych rozwiązań, metod, dróg na skróty. Powstają książki  o szczęściu i sukcesie, ludzie próbują sobie pomagać w różny sposób. Powstał cały skądinąd niezwykle wartościowy nurt psychologii pozytywnej, na czele z Seligmanem, wielbionym za książkę „Optymizmu można się nauczyć”. Jednak osobiście nie przekonuje mnie podejście, które każe w odpowiedni sposób interpretować wydarzenia, które każe zmienić sposób myślenia na bardziej optymistyczny. Może jest to jakieś rozwiązanie problemu wyuczonej bezradności, ale zdecydowanie nie droga do szczęścia.

To oczywiście moje zdanie, bo uważam, że nie da się być szczęśliwym, jeśli się nie zaakceptuje swojego życia. W całości i bez wyjątków (z kwiatami, małym ogródkiem, szydełkowaniem i obieraniem ziemniaków).  
Warto podkreślić, że akceptować to niekoniecznie znaczy lubić, to znaczy po prostu przyjąć do wiadomości fakty i nie uciekać od nich.
Jako dzieci nie mamy z tym problemów, fakt jest faktem, mama mamą, żyjemy tu i teraz ze swoją łopatką, wiaderkiem, w swoim miejscu na ziemi. 
Potem świat nam wmawia, że to za mało, że mamy być zupełnie gdzie indziej, więc zwykle odrzucamy fakty, bo za bardzo chcemy zasłużyć na zaszczyty i honory. 
Starość uczy pokory i wtedy zwykle udaje się nam zaakceptować rzeczywistość.
Niełatwo być człowiekiem.

Spotykam często ludzi, którzy nie zgadzają się z tym, że znajdują się jeszcze w pewnym oddaleniu od swoich marzeń, którzy boją się niepewnej i wymagającej wysiłku drogi. Zamiast się cieszyć postępami, których dokonują, są sfrustrowani i wciąż im mało.
Sama też tak miałam.
W takiej sytuacji pozytywne myślenie (jest super, będzie jeszcze lepiej, jesteś super)  może być niestety bardzo niebezpieczną pułapką. Może tylko pogrążyć nas w jeszcze większej nieakceptacji siebie.
Postęp przynosi zwykle samoświadomość, akceptacja faktów i zderzenie z lękiem.

Więc może warto zadać sobie trudne pytania:

  • Czego w swoim życiu nie zauważasz?
  • Czego nie akceptujesz?
  • W jakich obłokach bujasz? Czy to mgła Internetu (bo może potrzebujesz ludzi, akceptacji), świat fantazy, opary alkoholu, sport, który odcina Cię od wszystkiego?...
  • Na jakie rzeczy/myśli poświęcasz swój czas?
  • O czym nie chcesz myśleć?....
  • Co dzięki temu zyskujesz, co tracisz?
  • Co się stanie, jeśli zaufasz sobie i przyznasz się do tego, co chcesz schować głęboko… ?


A na koniec jeszcze jedno:
  • Za co kochasz swoje życie? :)   

niedziela, 31 stycznia 2016

Twój obraz...


Hans Hofmann
 http://www.esquire.pl/aktualnosci/46/sztuka-wspolczesna-czy-dzieciece-bazgroly


„Myślę, że każdy jest dziwny.  
                                                            Powinniśmy wszyscy celebrować naszą indywidualność 
i nie wstydzić się jej.”
Johnny Depp

    Naprawdę szczęśliwi ludzie rzadko zastanawiają nad tym kim są, jacy są, jacy powinni być, oni po prostu robią swoje. Nie myślą długo i głęboko nad podjęciem każdej życiowej decyzji, doskonale czują, gdzie jest ich miejsce i nie psują tego czucia niepotrzebnym intelektualizowaniem. Oni żyją po prostu.
A kiedy układanka zaczyna się sypać, rozglądają się i spokojnie przemieszczają we właściwym kierunku.

Spełnione życie to nie wynik główkowania i pisania mozolnych planów, to nie narzucony sobie reżim, gdzie w ramach obowiązkowego relaksu biegam z zaciśniętymi zębami (podobno zdrowo jest biegać, więc za wszelką cenę, do bólu...), jak jem, to tylko to, co zaleciła dietetyczka, jak spotykam się z rodziną, to patrzcie i podziwiajcie…
Dobre życie to zostawienie sobie pewnego marginesu na luz, przyzwolenie że w tej chwili moją jedyną aktywnością będzie „leżenie bykiem”, a potem spokojnie zrobię to, co do mnie należy i tyle. 
To spokojna równowaga między naturalnymi powinnościami, obowiązkami, a potrzebą poddania się podszeptom intuicji, potrzebom duszy, emocjom. 

Mądrzy starsi ludzie mówią, że w niczym nie należy przesadzać, więc pozwalają sobie często na spełnianie własnych zachcianek, a do obowiązków podchodzą ze spokojem, akceptacją, a nawet radością. 
Tu i teraz, spokojnie, po kolei, w swoim tempie i na swój sposób.

Ale cofnijmy się nieco w czasie. Spójrzmy na dzieci bawiące się w piasku, które uparcie chronią swojego terytorium, a realizacja własnej wizji jest dla nich najważniejsza na świecie... One są szczęśliwe, pochłonięte do reszty własną aktywnością. Nie myślą, czy w tym momencie nie powinny na przykład sprzątać swojego pokoju, albo pooglądać bajki w telewizji. 

Gdy dorastają, zaczynają się dostosowywać, do wszystkiego i wszystkich – w domu, w pracy, wśród wymagających znajomych. Bo tak trzeba, bo tak się wypoczywa, bo tak się organizuje pracę, a tak życie... 
Nic dziwnego, że z czasem niektórzy z nas powoli zatracają siebie.
A dalej …
Ludzie uważni i wrażliwi zwykle zdają sobie sprawę z tego, że ich życie jest zlepkiem obcych wymagań, opinii, nakazów, że nie ma w nim miejsca dla nich samych i albo dają radę samodzielnie wprowadzić niełatwe, fundamentalne zmiany, albo udają się po pomoc do coachów lub terapeutów.
Inni nie chcą czuć dyskomfortu, więc po prostu wypierają go - udają, że jest wszystko ok, próbują uciekać w hedonizm, zdobywać więcej (pieniędzy, władzy, poklasku, kobiet), prowadzić życie, jak z amerykańskiego filmu - wszystko na pokaz, planowo, co do minuty, tyle, że … w środku nie jest lekko.

Bardzo potrzebujemy innych ludzi, lubimy z nimi przebywać, a więc może czasem warto wpasować się w ogólnie przyjęte ramy, choćby z szacunku dla innych. Ale dobrze mieć też świadomość, że ciągłe życie wbrew własnym potrzebom, pod czyjeś dyktando, to już ewidentnie brak szacunku i tolerancji dla siebie.

Każdy z nas jest tak naprawdę dziełem sztuki -  wyrastającym poza schematy, pięknym, unikalnym i każdy ma takie miejsce, w którym nie musi zadawać sobie pytań: czy jestem u siebie, czy tu mi naprawdę dobrze? 
Miejsce w którym jest naprawdę sobą. 

Więc, gdy potrzebujemy sobie samemu wyjaśniać, że to jak żyjemy i to co robimy jest właściwe, że przynosi nam takie czy inne korzyści, to może warto zatrzymać się i zapytać w imię jakich wyższych celów decydujemy się na ustępstwa, z czego rezygnujemy, co otrzymujemy w zamian i jaki jest ogólny bilans zysków i strat.

A teraz zamknij oczy, zobacz siebie w kilku typowych sytuacjach/miejscach i zastanów się:

  • W którym z nich jesteś sobą?
  • Gdzie Ci niewygodnie?
  • Skąd się tu wziąłeś? Jakich Ty lub ktoś użył podstępów, żeby Cię tu zwabić?
  • Jaką radę dałby Ci teraz najlepszy przyjaciel?
A dalej….? 
Dalej to już Ty decydujesz samodzielnie, w końcu to Twoje życie, Twój obraz.